czwartek, 12 sierpnia 2010

Relacja część 5 - Marcin

Spaliśmy w Auberg Sahara i jak to mieliśmy w zwyczaju, wcześnie rano opuściliśmy bezpieczne schronienie udając się w kierunku Senegalu.

Postanowiliśmy ominąć przejście graniczne w Rosso i pojechać przez Diamę.
Żeby tam jednak dotrzeć czekał nas 40 km off road, pod warunkiem, że skręcilibyśmy w dobrą drogę...

Popełniliśmy jednak błąd i z 40 km zrobiło się 80 w potwornym słońcu, bez możliwości zatrzymania się w cieniu.

Nie będę się rozpisywał, może kiedyś w większym dzienniku.
W skrócie: Seweryn zderza się z krową, ja tracę przytomność z przegrzania i odwodnienia.
Trafiamy na nieuczciwych żandarmów.

Finalnie trafiamy do hotelu w Saint Louis (już w Senegalu żeby wylizać rany)

Po pół dniowym odpoczynku wyruszamy przez cały Senegal w kierunku Gambii.

Im dalej na południe, tym bardziej zielono.

A ludzie coraz przyjaźniej nastawieni

Oszałamiają nas kolorowe stroje kobiet, chaty z trzciny i słomy i wilgotność powietrza...

Takiej właśnie Afryki pragnąłem

W końcu docieramy do półmetka naszej podróży, przekraczamy granicę Senegalską i wjeżdżamy do Gambii.
Jeszcze tylko przeprawa promowa.
W oczekiwaniu na prom poznaję Ami i jej córeczkę Aichę.
Podobają im się zdjęcia mojego synka, a ja rozmawiając z nimi czuję, że było warto tu przyjechać.

Seweryn w tym czasie rozmawia przy brzegu z młodym człowiekiem, którego światopogląd i dojrzałość zadziwia nad do dziś.

A potem pozostaje tylko wjechać na prom i przepłynąć rzekę Gambia

I jeszcze jakieś 35 kilometrów szutrów i będziemy w Somie... ale o tym następnym razem...

wtorek, 3 sierpnia 2010

Relacja część 4 - Marcin

Po przekroczeniu umownych wrót Sahary pędziliśmy co sił w kierunku Mauretanii.
Zgodnie z instrukcjami napotkanego w Tiznicie Mahometa (tego od herbaty) chcieliśmy dotrzeć do miejscowości Akfenir, gdzie miał być podobno świetny i niedrogi hotel.

W hotelu Atlas w pokojach nie było okien, pod prysznicem śmierdziało rybami (ale był prysznic!!!) za to motorki stały w pięknym garażu.
Wcześnie rano opuściliśmy Akfenir i wzdłuż oceanu jechaliśmy dalej na południe.
Od czasu do czasu kontrolowali nas policjanci i to właśnie na tym odcinku (za BuJaydur) zapłaciliśmy mandat za przekroczenie prędkości.
Zapłacić mandat na środku pustyni ... bezcenne.

Oprócz monotonnych krajobrazów były także przekąski...

W tej "knajpce" przy stacji much było tyle, że można by obdzielić niejedno wysypisko śmieci, a barman/kelner/kucharz oglądał brazylijską telenowelę. jedzenie było podłe... ale my byliśmy bardzo głodni więc daliśmy radę...

I tak od tankowania do tankowania posuwaliśmy się dalej...
Spanie znaleźliśmy już bardzo blisko granicy z Mauretanią.
Wcześnie rano wyruszyliśmy w jej kierunku.
Było jeszcze ciemno, a po pustynnej drodze biegały białe króliki... (nic alkoholowego nie spożywaliśmy)

Na granicy spędziliśmy ponad 5 godzin, wypełniając druczki, stojąc w kolejkach itp...

W międzyczasie ja poznawałem faunę

Ewelinka medytowała

Seweryn spał między motorami

A typy spod ciemnej gwiazdy załatwiały jakieś szemrane interesy

Po przejechaniu pola minowego między Marokiem a Mauretanią (obyło się bez głośnego BUM) dotarliśmy do "terminalu" Mauretańskiego

Tu po stosownych uprzejmościach i zostawieniu odrobiny gotówki ruszyliśmy dalej.

Dopadła nas burza piaskowa, tak mocna, że zdarło sporo lakieru z motorów.
A od tych sympatycznych panów kupiliśmy paliwo wyciągnięte w bańkach z jakiejś komórki.

Spokojnie, acz z determinacją godną lepszej sprawy walczyliśmy z burzą, kontrolowani przez mauretańskich żandarmów

Aż zabrakło nam paliwa... jakieś 90 kilometrów przed Nouakchott.

Udało się jednak zorganizować parę literków i dotarliśmy do stolicy.


CDN...

niedziela, 1 sierpnia 2010

Relacja część 3 - Seweryn - uzupełnienie

To ja w tej części relacji dodam to co Marcin opuścił.
Przygody w Chorwacji zaczęły się od mojej rozwalonej opony. Po drodze do gumiarza Marcinowi brakło paliwa i musiałem lecieć 4km pod prąd autostradą z baniakiem paliwka z najbliższej stacji. Potem udało się naprawić oponę i na takiej doleciałem już do Maroka.

Po długich autostradowych przelotach, śniadaniu w Słowenii, glebach parkingowych i self servicach, wreszcie ujrzeliśmy morze!

Kolejna przygoda to wyjazd do Andory, piękne kręte drogi z licznymi zameczkami i nocleg w hotelu w chmurach.

Kolejny dzień to przyjazd do Andory i wspaniała droga prowadząca do Walencji, zakończona noclegiem w Tavernes, w domku mojego przyjaciela i szybkim serwisem cieknącego baku w Marcina motocyklu.

Potem już prom i wreszcie Afryka!
A tam góry Rif, załatwianie wiz do Mauretanii, wspomniany meczet i pierwszy Tadżin, kąpiel w tzw. Małyszu